Rewska szkoła w czasie wojny

Mimo trwających działań wojennych i okupacji dzieci z terenów gminy zdobywały w miejscowych szkołach podstawową wiedzę. Chociaż trzeba przyznać, że warunki były specyficzne, a nauczyciele najdelikatniej ujmu­jąc „nietypowi”.

Szkoła w Rewie powstała w 1868 roku. Wieś była wówczas wyłączo­na z obwodu szkolnego obejmującego pierwotnie królewskie Mosty, ma­jątek Mosty, Mechelinki i Rewę. Tamtejsze dzieci uczęszczały do szkoły w Mostach, którą założono w 1816 lub 1818 roku. Od momentu powo­łania, rewska placówka istniała nieprzerwanie do roku 1973, czyli 105 lat. Zgodnie z koncepcją tworzenia zbiorczych szkół gminnych w roku szkolnym 1973/74 na terenie gminy Kosakowo została zmieniona sieć szkolna. Między innymi likwidacji uległy dwie szkoły: w Rewie i Pier- woszynie. W budynku zlikwidowanej szkoły w Rewie umieszczono Od­dział Przedszkolny podlegający Szkole Gminnej w Mostach. Drugi taki oddział znajdował się w Mostach. Natomiast w Pierwoszynie utworzono Klasy Specjalne. Od tej chwili dzieci z Rewy i Pierwoszyna zaczęły dojeż­dżać do szkoły w Mostach.

Początkowo placówka w Rewie była publiczną szkołą powszechną stopnia pierwszego. Obejmowała 4 oddziały. Nauka w klasach pierwszej i drugiej trwała jeden rok, w trzeciej dwa lata, a w czwartej trzy lata. Ra­zem uczył się oddział I z II oraz III z IV. Na szkole powszechnej kończyła się edukacja rewskiej młodzieży.

W tym czasie uczniowie do nauki używali tabliczek, na których pisali kredą. Zeszyty pojawiły się dopiero na początku lat 30. Dodatkowym wyposażeniem uczniów klasy pierwszej i drugiej był ołówek i gumka, natomiast trzeciej i czwartej pióro i atrament. Ławki były trzyosobo­

 

we. W każdej z nich znajdowały się trzy buteleczki z atramentem. Ich uzupełnianie należało do obowiązków dyżurnego. Dzieci, a zwłaszcza chłopcy, zawsze podczas pisania mieli wysmarowane atramentem ręce, aż po łokcie.

W czasie okupacji hitlerowskiej nauczycielem w rewskiej szkole był Niemiec o nazwisku Bojkę. Miał około 24 lat. Był SA-mannem. Dzieci objęte obowiązkiem szkolnym uczyły się języka niemieckiego w ramach lekcji. Służyły im do tego niemieckie podręczniki. Natomiast młodzież, która ukończyła już naukę oraz wszyscy ci, którzy nie znali języka oku­panta, byli zmuszeni uczestniczyć w kursie języka niemieckiego. Kurs odbywał się w szkole trzy razy w tygodniu. Wszyscy musieli mieć własną gazetę „Danziger Forpofiten”, która stanowiła podstawę nauki. To z niej poznawano niemiecki język, gotyckie litery. Wieczorami rodzice, którzy znali język jeszcze z okresu zaboru, uczyli swoje dzieci pisać i czytać, bo kto nie potrafił, tego czekała surowa kara wymierzana przez nauczyciela.

Jedna z uczennic, Irena Cz. tak wspomina nauczyciela Bojkę: był bar­dzo agresywny Jeśli któryś z chłopców czegoś nie umiał dobrze, powiedział coś niezbyt płynnie, to już było wiadomo, na co było można liczyć. Chłopcy byli już tak znerwicowani, że chociaż w domu się nauczyli, to na jego krzyk wszystko zapominali. Jego sposób był następujący: chłopiec winien wyjść na parę minut (w tym czasie Bojkę patrzał na zegarek), wejść na drzewo po cienką gałąź, którą musiał z kory dobrze ostrugać i wręczyć ją nauczycielo­wi. Ten kazał się przełożyć przez ławkę i tak długo po tyłku walił, aż cały kij połamał w strzępy. Chłopiec musiał jeszcze grzecznie wszystko pozbierać i do kosza wrzucić. Natomiast dziewczynki walił linijką po rękach. Trzeba było grzecznie rękę trzymać i tak długo walił aż mu się znudziło. Albo stać na baczność, a on walił swoją ręką po twarzy. Jednej dziewczynce przez bicie wytrącił kolczyk z ucha, który poleciał pod szafę, ale jej nie było wolno się po niego schylić i tam już został.

W 1944 roku nauczycielowi przydzielono do pomocy panią Nagórską, która nie prowadziła zbyt dużo lekcji, lecz była dobrą gospodynią. Robó­tek ręcznych uczyła bardzo wyrozumiała Gizela Hopp pracująca w szkole w Mostach.

Latem tego roku Bojkę rozkazał wszystkim przynieść litrowe puszki, przewiązane sznurkiem, jakoby wiaderka i nakazał wymarsz do lasu na jagody. Wszyscy się z tego bardzo cieszyli myśląc, że choć trochę będzie można zjeść. Jagody miały być rzekomo przeznaczone dla wojska na front. Każdy uczeń miał obowiązek puszkę napełnić. Biada jednak żeby miał przy tym zabarwione od jagód usta lub zęby i język. To było karalne. Wszystkie zebrane jagody zostały zawekowane w cukrze przez tą panią Nagórską z pomocą jednej z uczennic. Kiedy już zaprawki były gotowe, dziewczynka zanosiła pełne słoiki na strych. Okazało się, że ich zawartość zjedli ostatecznie nauczyciele.

Do obowiązków nauczyciela należało pilnowanie, aby mieszkańcy nie używali języka polskiego i kaszubskiego. Wieczorami przechadzał się po wsi i podsłuchiwał pod oknami w jakim języku rozmawiało się w danym domu. Mógł wszystko wyraźnie słyszeć, ponieważ domki były niskie, a okna pojedyncze. Niedostosowanie się do zakazu groziło karą.

Bojkę w czasie tych wszystkich lat hitlerowskiej okupacji wyrządził ludziom, zwłaszcza dzieciom, tyle zła, że chłopcy niejednokrotnie mię­dzy sobą rozmawiali, że kiedy Rosjanie wejdą do Rewy, to go powieszą. Na pewno nie miał szansy wyjść stamtąd żywy. Nie udało im się jednak wypełnić postanowienia. Gdy było wiadomo, że Rosjanie są już blisko, jednej nocy znienawidzony Bojkę po prostu uciekł ze wsi razem z nie­mieckimi żołnierzami. Niedługo potem w szkole w Rewie znów pojawiła się polska mowa.