Wojna widziana oczami dziecka

Pani Ludgarda Ilicka urodziła się i wychowała w kaszubskiej rodzinie Plichtów, w której była jednym z ośmiorga dzieci. Do dzisiaj jest wierna miejscu swojego dzieciństwa i mieszka na Dolnym Pogórzu, z kaszubska zwanym Jurki lub Irki (od żarnowca rosnącego na pobliskich wzgórzach). Do lat siedemdziesiątych ta część Pogórza również należała do Gminy Kosakowo. Gdy zaczynała się II Wojna Światowa, mała Lusia miała za­ledwie 6 lat.

Moment wybuchu wojny zapamiętała jako zwykły dzień. Mama goto­wała obiad, a córkę posłała do ogródka po zieloną pietruszkę. Wszystko tam było dojrzałe, nawet fasolka nadawała się już do jedzenia. Gdy Lusia była zajęta zrywaniem pietruszki, mama głośno zawołała: Szybko chodź do domu, bo Gdynię zaatakowali Niemcy Już słychać strzały. Chociaż dziecko nie do końca rozumiało, co tak naprawdę się działo, głos mamy był bardzo poważny.

W czasie okupacji Lusia chodziła do szkoły w Pogórzu. Pisało się w niej na tabliczkach rysikiem nazywanym griffel. Tabliczki miały z jed­nej strony narysowane kratki do matematyki, a z drugiej były linie do ję­zyka. W szkole można było mówić tylko po niemiecku. Książki pojawiły się dopiero później. Lusia nie miała prawdziwej torby, więc siostra uszyła jej taką z koca. Zawsze miała obłożone książki. Z tego względu nauczy­cielka, Niemka stawiała ją za wzór. W szkole panował strach, bo Niemcy bili za różne rzeczy, np. za mówienie po polsku. Potrafili bić po twarzy, po rękach. Do tego służyły im półmetrowe kije, grube jak palec. Kiedy Lusia dostała pewnego razu takim kijem po rękach, ze strachu przypo­minała sobie wszystkie niemieckie słowa i „szwargotała” bez zająknięcia. W domu na ogół mówiono po kaszubsku, a na podwórku – w swojej grupie z koleżankami – po polsku. Ta agresywna metoda nauczania od­cisnęła swoje piętno. Pani Ludgarda do chwili obecnej pamięta jak co się nazywa po niemiecku.

W szkole pisano dyktanda po niemiecku. Kiedy ktoś zrobił trzy błędy, dostawał kijem. Któregoś razu Lusia zamieniła się z koleżanką zeszytami i zrobiła jej trzy błędy, a ta jej w zamian cztery. Wtedy to nauczycielka wy­wołała obie dziewczynki na środek i obie mocno dostały po rękach kijem.

Opiekę nad szkołą sprawował, nieznany z nazwiska, Niemiec z SA. Ze względu na kolor munduru dzieci nazywały go „Żółty”. On także uczył. Pewnego razu ktoś naskarżył na Bernarda Kąklowego, że ten wyrzucił ptaszki z gniazda. SA-mann wziął głowę Bernarda między swoje kolana, naprężył mu spodnie i tłukł go kijem. Oj, zdrowo Bernard wtedy oberwał. Okazało się, że ktoś często donosił, ale nigdy nie udało się ustalić kto.

Z okresu okupacji Pani Ludgardzie zostało ciekawe wspomnienie. W Pogórzu, niedaleko jej domu swój barak mieli włoscy żołnierze z Neb- biogeno Battaglione, batalionu zadymiania. Gdy ogłaszano nalot, Włosi biegli do wielkich beczek z zegarami i otwierali w nich kurki, z których leciała mgła tak gęsta, że nic nie było widać. Ta mgła, nieraz i dwa dni stała nad okolicą. Wśród Włochów był jeden o imieniu Armando. Inny nazywał się Alfons Balante. Zalecał się do jednej z okolicznych dziew­cząt, i nawet miał z nią dzieci. Obiecywał, że ją zabierze ze sobą. Dowo­dził nimi Petraka, trochę starszy od pozostałych, wysoki, po trzydziestce. Często przychodził do ojca Lusi, który umiał grać na akordeonie. Włoch lubił, gdy Plichta mu grał. Petraka opowiadał o swojej żonie i rocznym dziecku Był porządnym człowiekiem. Pokazywał nawet zdjęcia rodziny. Gdy Plichta w czasie okupacji zmarł, ten Włoch przyszedł do rodziny, przyniósł makaron. Kazał Plichtowej przygotować garnek, w którym sam ugotował ten makaronu. W drugim garnku ugotował pomidory i zro­bił sos. Później, osobiście nakładał każdemu na talerze po dwie chochle i wszyscy musieli to zjeść.

Chociaż okupacja to traumatyczny okres, zdarzały się jednak okazje do zabawy. Chociaż niezbyt liczne, doskonale pozostały w pamięci. Do domu Plichtów schodziły się niekiedy koleżanki jednej z sióstr i wie­czorem śpiewały różne polskie piosenki. Śpiewały naprawdę pięknie. Byli jednak ludzie tacy, jak Myślisz i Wywrót z Pogórza, „przyszywani”

Niemcy. Nosili czerwone opaski ze swastyką i podsłuchiwali pod oknami rozmowy mieszkańców. Któregoś dnia jeden z nich zawitał u Plichtów twierdząc, że w domu rozmawiano po polsku. Jednak mama była sprytna i odpowiedziała do niego po kaszubsku: Nie, To jest matki mowa, to było powiedziane po kaszubsku. W efekcie nic się nie stało. Znajomej rodziny, Studzińskiej szczęścia jednak zabrakło. Nie umiała się wyłgać, więc za karę zabrali jej rentę na dzieci.

Jako dziecko, pani Ludgarda była wielokrotnie bezpośrednim świad­kiem działań bojowych. Żołnierze wykopali długi rów, ciągnący się od Kleinów aż do Kąkola, w którym okoliczne rodziny siedziały w czasie nalotów. Kiedy pewnego razu angielskie samoloty nurkowały nad nimi, ktoś opowiedział, że jakaś drużyna niemiecka dotarła do lasku od stro­ny Kąklów i na widoku zrobili sobie posiłek. Chyba ich wszystkich te samoloty wykosiły. Później widziano ich niesionych na noszach. Żoł­nierze mieli wyrwane połówki pleców i biodra. A dzieci patrzyły na to z rowu. Zdarzali się też niemieccy żołnierze, którzy chowali się za suknie kobiet. Bywało, że siedząc w rowach, odczuwano brak chleba. Wtedy po­jawiał się nieznany, starszy pan, który nie wiadomo skąd miał chleb. Gdy przychodził, kroił go nad rowem i kawałki tego chlebka dawał dzieciom. Z wdzięczności te nazywały go „świętym”.

Pewnego razu, gdy w czasie trwania lekcji zdarzył się alarm, nauczy­cielka puściła dzieci do domu. Biegły więc dwa kilometry na swoje osie­dle. Musiały przebiec obok batalionu niemieckiego. Żołnierze mieli swoje baraki na dole, a stanowiska artyleryjskie w górnym Pogórzu. Biegli więc w przeciwnym kierunku skąd strzelali do samolotów. Żołnierze poganiali dzieci: Schnell, schnell! A te, przestraszone biegły jeszcze szybciej.

Plichtowie mieli ogródek i sad, w którym w ostatnich dniach oku­pacji Niemcy wykopali rów i z niego strzelali do Rosjan wchodzących do Chyloni. W tym czasie rodzina sypiała w bunkrze, a Niemcy siedzieli w lesie Tymiańskim, przy torach. Las nazywał się Tymiański od nazwiska niemieckiego właściciela – Tymiana. Wieczorem z tego lasu przychodzi­li oficerowie, aby umyć się i ogolić. Do Plichtów przez kilka dni przy­chodził codziennie wieczorem jeden z nich. Ze względu na ciągle nalo­ty i ostrzeliwania, mama zadecydowała, żeby spać w bunkrze. Któregoś razu ten Niemiec chciał zaciągnąć jedną z sióstr do domu, ale ta wyrwała mu się i uciekła do bunkra. Stał w nim żelaźniak służący do ogrzewa­nia. Na zewnątrz wychodziła rura, która była kominem. Rozwścieczony

 

Niemiec wziął więc kawałek papy i włożył w tę rurę. O mały włos nie potruł dzieci. Gdy te zaczęły wymiotować i mdleć mama zrozumiała co się stało i z krzykiem: Wychodzić mi! My jesteśmy zaczadzeni! Jesteśmy zaczadzeni! wyrzuciła je na zewnątrz. Gdy Stach, brat Lusi wyszedł z bun­kra, przewrócił się i rozbił głowę. Siostra Anusia została w środku. Na szczęście, inna z sióstr przyprowadziła sąsiada, który wszystkich pozosta­łych wyniósł z bunkra. Lusia z Helą chorowały jeszcze następnego dnia. Na szczęście pozostali czuli się już lepiej. Po południu, około godziny czwartej, piątej przyszedł ten Niemiec i spytał tylko, czy wszyscy zdrowi. Popatrzył na rodzinę i tego dnia nie goląc się i nie myjąc odszedł. Nigdy więcej już się nie pojawił.

Koniec wojny nie oznaczał końca kłopotów. Przez pierwsze miesią­ce po wojnie panował głód. Pani Ludgarda, wówczas dwunastoletnia dziewczyna musiała pójść do pracy. Matka wysłała ja do swojej siostry, do opieki nad dziećmi. Chociaż gospodarze jadali dobrze, Lusi dawali chleb z olejem i solą. Gdy dziewczyna z tęsknoty chciała iść do domu, ciotka nie pozwalała. Dopiero po kilku dniach gęsto naznaczonych łzami, stwierdziła: To idź, ale szybko wieczorem wracaj. Z jedzeniem było wów­czas tak „krucho”, że pewnego razu siostra Hela zemdlała z głodu. Z cza­sem w gospodarstwie pojawiły się owce i króliki, które Staszek oprawiał. Wówczas widmo głodu oddaliło się. Matka otrzymała odszkodowanie za ojca i zdążyła za to kupić krowę. Reszta pieniędzy straciła na wartości z dnia na dzień na skutek wymiany pieniędzy.

Po wojnie pani Ludgarda znowu podjęła naukę w szkole w Pogórzu, która mieściła się w baraku. Od tej chwili do dnia dzisiejszego nie wy­prowadziła się z Pogórza, gdyż jak sama twierdzi, tu jest jej rodzina i jej koleżanki. Również te, z którymi zna się sprzed wojny.